Zagroda starowierców wojnowskich w początkach XX w.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

DEUTSCHE FASSUNG

 

 

 

 

 

 

 

 

CODZIENNE ŻYCIE STAROOBRZĘDOWCÓW, TRADYCJE, KULTURA MATERIALNA

 

 

Ten rozdział poświęcimy staroobrzędowcom „na świecko”. Na początku należy zaznaczyć, że opisując ich zwyczaje i życie codzienne, używać musimy w większości przypadków już czasu przeszłego: procesy asymilacyjne i cywilizacyjne sprawiły, że podobnie jak i wśród innych grup etnicznych, wiele dawniej typowych zwyczajów i form życia uległo zanikowi. Niemniej jednak część z nich przetrwała do dzisiaj.

 

 

Typy staroobrzędowców

 

 

W przeciwieństwie do wielu starszych opracowań, nie będziemy tu opisywać antropologicznych cech, dominujących wśród staroobrzędowców: są wśród nich blondyni i bruneci, wysocy i niscy, o oczach niebieskich i piwnych...Pisano np. „wysocy i barczyści, sprawiają niezapomniane wrażenie dzięki ciemnym włosom i smagłej cerze... dziewczęta szczupłe, o blond włosach” (A. Ambrassat, Die Provinz Ostpreussen, 1910), albo też „mężczyźni noszą capie bródki i u wielu z nich uderza typ podmongolizowany” (!!!, M. Wańkowicz, Na tropach Smętka, 1934). To oczywiście należy włożyć między bajki, bo jak wśród każdej społeczności, zwłaszcza takiej, która jak oni wędrowała przez stulecia przez tereny, zamieszkałe przez różne narody, spotyka się całą paletę typów. Można jedynie zaryzykować stwierdzenie, że często występują wśród nich pewne cechy charakteru, jak przywiązanie do wiary przodków, wytrwałość, lojalność wobec kraju osiedlenia i zamiłowanie do czystości i porządku.

 

Dzisiaj staroobrzędowcy imają się, rzecz jasna, różnych profesji: są wśród nich chłopi, robotnicy i inteligenci. Dawniej zajmowali się głównie rolnictwem, w odróżnieniu od ich współbraci w Rosji, nie było prawie zupełnie wśród polskich staroobrzędowców elementu miejskiego, kupieckiego. Słynęli jako znakomici drwale i cieśle, zajmowali się rzemiosłem, związanym z obróbką drewna. Na Mazurach znani byli ponadto jako doskonali sadownicy, wręcz specjaliści w uprawie owoców. Część z nich parała się rybołówstwem.

 

Język

 

 

Staroobrzędowcy są dziś dwujęzyczni, na Mazurach, zwłaszcza w starszym pokoleniu, trójjęzyczni. Posługują się językiem polskim na zewnątrz, w jego regionalnym wariancie, suwalskim bądź mazurskim, we własnym gronie używają gwary rosyjskiej, na Mazurach często i chętnie rozmawiają między sobą również w używanej tam przed II wojną światową regionalnej niemczyźnie.

 

Ich rosyjska gwara jest pochodzenia nowogrodzko – pskowskiego, co nie dziwi, zważywszy na to, że właśnie z tamtych terenów staroobrzędowcy przybyli do Polski. W ciągu wieków dialekt ten nasiąkł wieloma zapożyczeniami z języków narodów, wśród których staroobrzędowcy mieszkali: polskiego, litewskiego i na Mazurach – niemieckiego. Oczywiście, rozmawiając po polsku, staroobrzędowcy, zwłaszcza starsi, stosują wtręty rosyjskie – zatem dyfuzja jest obustronna!

 

Słownictwo rosyjskie stosuje się w odniesieniu głównie do czynności podstawowych, jak również w terminologii religijnej, własnej, np. pajdiom w malennu w odniesieniu do własnej świątyni, ale: ani paszli w kaścioł o świątyni swoich katolickich sąsiadów. Często w ich gwarze można spotkać archaizmy, które w rosyjskim już dawno wyszły z użycia, np. kali? (kiedy?, spotykane też w białoruskim, dzisiejsze ros. kagda?).  

 

Lituanizmy są rzadkie, do najczęściej spotykanych należą barkan, czyli marchewka (ros. markowka) i bulba (lit. bulvė, ziemniaki, ros. kartoszka).

 

Polonizmów używa się się tak w słownictwie potocznym (atwari dwieri, otwórz drzwi, ros. atkroj dwier’!), jak i w bardziej fachowym, w odniesieniu do przedmiotów, poznanych w późniejszym okresie, np. lodufka (ros. chaładilnik).

 

Germanizmy występują tylko na Mazurach, pochodzą tak z literackiej niemczyzny (waszmaszyna, od Waschmaschine, czyli pralka, albo aufregawat’sia, denerwować się od sich aufregen!), jak i z dialektów dolnoniemieckich, używanych przed wojną w Prusach Wschodnich, np. brukawat’, potrzebować, od bruuke (lit. niem. brauchen). 

 

Najbardziej tajemniczym słowem jest orientalnie brzmiące muszkabata, czyli... cukier (używa się jednak także ros. sachar’). Jeśli ktoś zna etymologię tego słowa, piszący te słowa będzie mu wdzięczny za informację!

 

 

Budownictwo

 

 

Dzisiejsze domy staroobrzędowców niczym się nie różnią od domów ich sąsiadów. Bardzo rzadko można spotkać jeszcze pojedyncze, stare drewniane domy, budowane w tradycyjny rosyjski sposób. Pierwotnie wznoszono je z nieociosanych bali drewnianych. Drewno było aż do czasów najnowszych podstawowym materiałem budowlanym, tym bardziej, że staroobrzędowcy, chcąc uchronić czystość swej wiary, na miejsca osiedlenia wybierali głównie tereny leśne. Dom składał się zwykle z dwóch izb, połączonych sienią. Dwuspadowe dachy nakrywano trzciną bądź słomą, potem gontem i dachówką. W izbach dużo miejsca zajmował piec chlebowy, na którym również spano. We wschodnim rogu izby na półkach stały ikony. To zachowało się do dnia dzisiejszego, choć nie zawsze już przestrzega się tego, by był to właśnie wschodni róg pomieszczenia.

 

 

Łaźnia parowa w Wodziłkach

 

Przetrwała za to tradycyjna rosyjska łaźnia parowa, zwana bajnią (ros. bania). Choć wznosi się je dziś już według współczesnych technologii, to zamiłowanie do kąpieli i jej rytuał są takie same jak przed wiekami. Bajnia składa się z przedsionka i właściwej łaźni. W tej znajduje się piec, pokryty kamieniami (zwany kamienką), często z wydzieloną częścią, przeznaczoną na kocioł do grzania wody, ławki do siedzenia i pałok, czyli podwyższenie do parzenia się. W łaźni najpierw pali się ok. 2 godzin w piecu, po czym można korzystać z kąpieli. Na  nagrzane kamienie leje się wodę, po czym wchodzi na pałok i smaga się wienikiem, miotełką z brzozowych lub dębowych gałązek z liśćmi. Bezpośrednio po tym można wylać na siebie wiadro lodowatej wody, bądź wytarzać się w śniegu, po czym znowu wskoczyć na pałok. Często spotkać można ponad osiemdziesięcioletnich staruszków, tak właśnie delektujących się kąpielą! Kto kiedyś zaznał kąpieli w prawdziwej ruskiej, wiejskiej bajni, może się tylko z politowaniem uśmiechnąć nad tym, co oferują miejskie, „fińskie”, czy „rzymskie” łaźnie...    

 

 

Strój i kosmetyka

 

 

Nie spotyka dziś się już w Polsce starowierców, ubranych według dawnego zwyczaju. Jedynie na czas nabożeństwa w molennie bądź w domu, kobiety zakładają obowiązkowo na głowę chustki. Przestrzega się również, by podczas modlitwy mieć na sobie odzienie w stonowanych kolorach, o skromnym fasonie i nie nosić na zewnątrz drogiej biżuterii, ani nie używać makijażu. 

 

Dawniej starowierki nosiły tradycyjne rosyjskie stroje: rubachy, czyli długie do pasa koszule, często zdobione haftem. Na to zakładano sarafan, rodzaj długiej, bo sięgającej aż do ziemi, fałdzistej sukni. Z czasem sarafan został wyparty przez modnik, suknię o uproszczonym kroju. Na jedno i drugie zawiązywano fartuchy. Na głowie kobiety nosiły kokosznik, czapeczkę, na którą zawiązywano chustkę. Na nogi wkładały pończochy i buty, często z cholewką. Kobiety nie obcinały włosów, zaplatały je w jeden (panny), albo dwa (mężatki) warkocze, często spinane w kok.  Przez długi czas starowierki stroniły od makijażu, malowania paznokci czy też ondulowania włosów.

 

 

Staroobrzędowiec w tradycyjnym stroju na przełomie XIX i XX wieku

 

Mężczyźni nosili również rubachy, początkowo długie do pasa, potem krótsze, szyte w ukośny klin, tzw. kosoworotki. Zdobione były one haftem i przepasane skórzanym lub tkanym pasem i noszone na wierzch. Do tego wkładano spodnie, długie poniżej kolan, ściągane oczkurem. Do tego dochodziły onuce i buty. Na głowę wdziewano kapelusz bądź czapkę. Później rozpowszechniła się kamizelka, wkładana na koszulę. Mężczyźni – staroobrzędowcy nosili równo przycięte włosy, jak również brody. Broda była najbardziej rzucającą się zewnętrzną cechą staroobrzędowca. Jej golenie uważano za grzech. Noszenie zarostu na twarzy tłumaczono jako naśladowanie Chrystusa, tak właśnie wyobrażanego na ikonach. Szczególnie boleśnie odczuli starowiercy spektakularne reformy Piotra Wielkiego, nakazujące golenie bród (często zmuszeni byli wykupywać się od tego zarządzenia dużymi łapówkami). Dziś mało młodych starowierców nosi brody, ale można zauważyć, że wielu z nich zapuszcza je na nowo na stare lata.

 

 

Codzienność. Pożywienie

 

 

Rytm życia staroobrzędowców wyznaczały religia i praca na roli. Uprawiając mało urodzajną ziemię, musieli ciężko i dużo pracować, by wyżywić liczne rodziny. Latem wstawano bardzo wcześnie, by już o godzinie 5-ej zacząć pracę w polu. O godzinie 7-ej – 8-ej spożywano w polu śniadanie, obiad ok. 12-ej – 13-ej. Kolację jedzono zawsze na gorąco, ok. 20-ej. Na rozpoczęcie i zakończenie dnia odmawiano modlitwę, podobnie jak przed i po posiłkach. Sobota była dniem obowiązkowej dla wszystkich kąpieli w łaźni. W niedziele i święta wstawano później i udawano się, zawsze na czczo, do molenny, na godz. 7-ą albo 8-ą. Śniadanie jedzono po powrocie z molenny, bardziej wyszukane niż w dni powszednie, podobnie jak i wszystkie posiłki. Zimą nie pracowano w polu, zajmowano się pracami domowymi. Kobiety szyły, albo przędły, spotykano się w domach i spędzano długie wieczory w ciepłych izbach. W czasie licznych postów, zwłaszcza Wielkiego Postu, stroniono od zabaw, zbierano się za to na wieczorne modlitwy przed ikonami. 

 

Spośród świąt szczególne miejsce zajmowała, jak w całym wschodnim chrześcijaństwie, Wielkanoc. Było to, w odróżnieniu od Bożego Narodzenia, będącego świętem stricte religijnym (choć w późniejszym okresie, pod wpływem katolickim i protestanckim, zaczęto je również w pewnym sensie świętować w domu, w gronie bliskich), również święto rodzinne. Po nocnym nabożeństwie w molennie,  spożywano o czwartej rano śniadanie, dzielono się jajkiem i odsypiano parę godzin do ok. 11-ej. Potem zaczynała się celebra przy stole, odwiedzano rodzinę i znajomych, wyruszano na wiosenny spacer. Jak wszędzie w krajach prawosławnych, witano znajomych, zamiast powszedniego zdrawstwujtie, radosnymi, wzruszajacymi słowami Christos woskres! (Chrystus zmartwychwstał!), na które pozdrowiony odpowiadał Woistinu woskres! (Zaprawdę zmartwychwstał!). Wielkanoc, zwaną Świętym Tygodniem (Swiataja Niedielia), obchodzono przez cały tydzień, aż do soboty włącznie. W związku z tym staroobrzędowcy żartobliwie twierdzili, że dla nich Pan Bóg okazał się życzliwszy, niż dla ich katolickich, czy ewangelickich sąsiadów – obdarował ich, zamiast tylko niedzieli i poniedziałku wielkanocnego, aż całym tygodniem świętowania i radości.

 

Dziś już niewielu  staroobrzędowców pracuje na roli. Ale nawet ci, którzy pracują i mieszkają w miastach, na co dzień dostosowując się do otoczenia, często jeszcze przestrzegają postów i zasad przyrządzania posiłków, jak również stosują przepisy starowierskiej kuchni w swoich domach.

 

Kuchnia staroobrzędowców nie była wykwintna, za to smaczna i treściwa. Nie spożywano mięsa zwierząt które rodziły się ślepe, ani tych, które nie miały rozszczepionych kopyt (np. koni), w myśl zasad opartych jeszcze na Starym Testamencie. Nie spożywano również potraw z domieszką krwi, np. kaszanki. W czasie licznych postów (czasami liczba dni postnych w roku przewyższała liczbę niepostnych!), nie jedzono mięsa, ani nabiału. Wtedy stół opanowywała ryba oraz cała gama potraw mącznych i warzywnych.

 

Z zup szczególnie często przyrządzano kapuśniak  (z mięsem, a w dni postne z rybą, głównie sielawą), zwany szczi, barkanicę (zupę marchwiową), zupę grzybową, szczawiową, krupnik lub barszcz. Z mięs największą popularnością cieszyła się wieprzowina, jedzono również wołowinę i drób. Produkowano własne kiełbasy, szynki i salcesony. Ryby zajmowały ważne miejsce w jadłospisie dni postnych, ale nie tylko. Przyrządzano smaczne ryby w galarecie (lin, leszcz, szczupak) oraz wędzone, zwłaszcza węgorze. Mleko i jego przetwory (twaróg, ser, maślanka) były szeroko stosowane, ale podobnie jak mięso, zabronione w czasie postów. Potrawy mączne to głównie chleb (niegdyś wypiekany w każdym domu, dziś już głównie kupowany), kasze, pierogi z nadzieniem owocowym lub mięsnym, kluski, kwas chlebowy (zwany sołoduchą), żurek i kisłyje bliny („kwaśne bliny”, rodzaj racuszków z ciasta mączno – drożdżowego, smażonych na tłuszczu). Z warzyw szczególną popularnością cieszyły się, podobnie jak i u okolicznych niestaroobrzędowców, ziemniaki (choć pierwotnie od nich stroniono, ale niedługo; dlaczego, o tym mowa będzie niżej). Spożywano je w stanie gotowanym, jako dodatek do mięsa lub ryby, bądź w postaci zupy bulbisznicy (kartoflanki, często z grzybami) oraz przetwarzano na kilka ciekawych sposobów. Z przetartych ziemniaków smażono na patelni placki ziemniaczane (w posty nie dodawano do nich jajek!), zwane bulbisznije bliny. W niedziele, gdy można było poświęcić więcej czasu na kulinarne wariacje, nie smażono ich na patelni, ale z tychże przetartych ziemniaków pieczono w piecu na blasze kakory, zwane też babami. Z ziemniaków uprzednio ugotowanych w łupinkach i obranych ugniatano ciasto (czesto z dodatkiem odrobiny twarogu) i smażono na patelni liepioszki. Jednak najsmaczniejszą (ale też najrzadziej przyrządzaną, ze względu na pracochłonność) i jednocześnie chyba najbardziej „staroobrzędową” potrawą były były bulbisznije pirogi. Do tego należało ugotować „w mundurkach” ziemniaki, obrać je, osolić i ubić w stępie (wydrążony pień drzewny, do którego wkładano masę ziemniaczaną) tłuczkiem. Następnie ciasto wałkowano, dzielono na kawałki i kładziono na to uprzednio przygotowany  z podsmażonej marchewki  albo kiszonej kapusty farsz, zaklejano i zapiekano w piecu.

 

Z napitków popularnością cieszyła się wspomniana wyżej sołoducha, późno przyjęła się kawa, a jeszcze później herbata (zob. niżej). Warzono piwo, zarówno jasne, jak i ciemne, pito też gorzałkę (a nawet, mimo oficjalnych zakazów ją pędzono!). Starowiercy byli, jak już wspomniano, specami od uprawy owoców, toteż jesienią w wielu staroobrzędowych kuchniach wesoło gulgotał gąsiorek z winem, zwłaszcza z jabłek i porzeczek.

 

Dziś w swych domach staroobrzędowcy przyrządzają również typowo polskie potrawy, jak schabowy, czy bigos, na Mazurach ponadto jeszcze regionalne niemieckie, jak np. klopsy po królewiecku (Königsberger Klops, jak kotlet mielony, tylko nie smażony, lecz gotowany w kwaskowatym sosie). Niemniej jednak zachowali po dziś dzień, pomimo wszechobecnej standaryzacji, zadziwiająco wiele przywiązania do swej tradycyjnej kuchni.

 

 

Pozostałe etnographica

 

 

Niewiele zachowało się z dawnych podań, pieśni, legend, przesądów, czy też zabobonów. Rozwój szkolnictwa i mediów, sprawił że wiele z nich uległo całkowitemu zapomnieniu.

 

Rosyjska pieśń przetrwała już tylko w skupiskach starowierców w województwie podlaskim. Oprócz powszechnie znanych rosyjskich pieśni ludowych, śpiewa się wiele piosenek znanych tylko w środowisku staroobrzędowców. Te pieśni kultywuje wspomniana już tutaj kilkakrotnie „Riabina” z Gabowych Grądów. Dawne pieśni weselne, ballady i tańce – korowody śpiewane są chóralnie, bez użycia instrumentów muzycznych. Osobną grupę stanowią ludowe pieśni o charakterze religijnym, śpiewane w domach, np. Płacz Iosifa Prekrasnago (Płacz Pięknego Józefa), opowiadająca starotestamentową historię Józefa, sprzedanego przez braci do Egiptu.

 

 

Zbiór pieśni duchownych, popularna lektura domowa

 

Świat baśni staroobrzędowców nie był szczególnie obszerny. Opowiadano baśnie o zwierzętach, czarownicach, wróżkach itp. Oczywiście, jak i w innych wiejskich środowiskach, wierzono w czary, „zamawianie” chorób, rzucanie uroków oraz podejrzewano niektóre starsze kobiety, zwłaszcza biegłe w zielarstwie, o kontakty z siłami nieczystymi.

 

Spośród podań i legend główne miejsce zajmowały te o charakterze religijnym, mające swe pierwotne żródła w przekazach biblijnych. Opowiadano np., że Chrystus, będąc jeszcze na ziemi, schwytał szatana i zakuł go w okowy na tysiąc lat. Po tysiącu lat diabeł wreszcie wyzwolił się z kajdan i zaczął „mieszać” na świecie, ustanawiając swoje porządki. Jednym z jego pierwszych posunięć była wizyta w Rzymie, gdzie zgolił papieżowi brodę oraz obciął górną i dolną poprzeczkę u krzyża. Tłumaczy to zatem źródła łacińskiej „herezji”(zabawne jest w tym podaniu to, że data rozłamu Kościoła na wschodni i zachodni przypada na rok 1054, zatem faktycznie tysiąc lat po Chrystusie; nadaje mu to więc wszelkie cechy prawdopodobieństwa!). Wiele obraca się wokół tematu rozłamu w Cerkwii rosyjskiej, gdzie, rzecz jasna, Nikon i jego poplecznicy występują w roli czarnych charakterów, działających w komitywie z antychrystem.

 

Długo przetrwały przesądy dotyczące pożywienia i rzeczy codziennego użytku. Jeszcze 20-30 lat temu żaden starszy staroobrzędowiec nie zawiązał krawata, gdyż ten kojarzył się mu z pętlą Judasza. Pierwotnie w guzikach dopatrywano się diabelskich oczu, a w daszkach u czapek – diabelskiego pazura. Wiadra, w których stała przyniesiona ze studni woda, na noc nakrywano, by czartu uniemożliwić nocne w nich kąpiele. Nieczysty  lubił się wypróżniać w naczynia kuchenne, w związku z czym stawiano je odwrócone denkiem do góry! Lepiej było też po zmroku nie spoglądać w zwierciadło, by nie ujrzeć tam rogatego łba. Jeśli matka przyszywała dziecku guzik do odzieży, którą dziecko miało na sobie, musiało ono trzymać coś w zębach, by nie „zaszyć” mu pamięci...

 

Herbata, tytoń i koń należały do jednego worka: gdy ukrzyżowano Jezusa, wszystkie rośliny zwiędły, a zwierzęta smutno zwiesiły głowy. Jedynie herbata i tytoń rozkwitły, a koń rżał. Za to zostały przeklęte i dlatego nie wolno jeść koniny, pić herbaty, ani palić tytoniu. Choć dzisiaj trudno sobie wyobrazić jadłospis staroobrzędowca bez ziemniaków, to i one długo były podejrzane: nie nazywano ich bulba, lecz czortowyje jabłoki, diabelskie jabłka. Jeszcze dosadniej określała je mniszka Frolia z wojnowskiego klasztoru: biesowyje jajcy, czyli... diabelskie jaja!!!   

 

Dziś niewiele pozostało z tych dawnych przesądów: sami staroobrzędowcy patrzą na nie z przymrużeniem oka. Jednak pamięć o nich warto zachować dla wzbogacenia wiedzy etnograficznej.